Świątek i Hurkacz odlatują z Australii

To była ciężka noc dla polskich kibiców tenisa. Musieli zarwać noc, żeby zobaczyć pojedynki Igi Świątek i Huberta Hurkacza w czwartej rundzie Australian Open. Poświęcenie nie zostało nagrodzone, bo wszystko poszło nie tak.

Pierwsza tenisistka rankingu drugi raz w ciągu kilku tygodni uległa Jelenie Rybakinie z Kazachstanu (4:6, 4:6), a Hurkacz w tie-breaku piątego seta przegrał z Sebastianem Kordą, nadzieją amerykańskiego tenisa (6:3, 3:6, 2:6, 6:1, 6:7 (7)). Teoretycznie możliwe jest, że w tym roku najdłużej w Melbourne zostanie Magda Linette, która w nocy stanie na korcie naprzeciw Caroline Garcii.

Jeśli ogólny bilans rozpoczynającego się właśnie wielkiego sezonu będzie pozytywny dla Igi Świątek, to można będzie z dużą pewnością przewidywać, że świetna passa potrwa długie lata. Po zachwycającym ubiegłym roku Polka musi bronić potężnego dorobku. Właśnie straciła sporo punktów w Australian Open, bo rok temu odpadła dopiero w półfinale. Tragedii nie ma, bo zapas jest potężny.

W nocy z soboty na niedzielę zawodził serwis i, jak sama mistrzyni oceniła, brakowało jej wystarczającej energii. O sportową formę raczej nie trzeba się martwić. Iga jest w dobrych trenerskich rękach Tomasza Wiktorowskiego. Zagadką jest ciągle odporność psychiczna, szczególnie istotna jest reakcja na porażki. Niedawno po przegranej z Jeleną Rybakiną w United Cup Polka znów nie mogła poradzić sobie z targającymi nią emocjami. Popłynęły łzy. Okazuje się, że za wcześnie ogłoszono koniec problemów mentalnych ciągle bardzo młodej, bo 21-letniej raszynianki. Takie kłopoty to zresztą znak czasu. Dotykają nie tylko młode pokolenie. Powszechnie znane są m.in. perypetie Naomi Osaki, kilkukrotnej mistrzyni wielkoszlemowej, typowanej swego czasu na następczynię Sereny Williams. Teraz Japonka na dłużej odłożyła sportowe plany z powodu zbliżającego się macierzyństwa. Coraz częściej słyszy się o atakach paniki na korcie, które dotykają nawet tak doświadczonych zawodniczek jak Simona Halep. W Melbourne nie ma jej jednak, bo obciąża ją zarzut dopingu.

W nieustannym dążeniu do perfekcji Iga Świątek musi znaleźć sposób na przechodzenie do porządku dziennego nad porażkami, które są nieodłączną częścią uprawianego przez nią sportu. Musi mieć też przekonanie, że nie opuścimy jej my – kibice. Wynik w obecnym Australian Open nie jest na miarę oczekiwań, ale nie można przecież mówić o kompromitacji. Co ma powiedzieć taka np. Ons Jabeur, która odpadła na samym wstępie?

Hubert Hurkacz też odpadł, ale po raz pierwszy od dawna pokazał, że jego 11. pozycja w rankingu ATP nie jest dziełem przypadku. W ubiegłym roku zagrał dwa mecze, w tym cztery i byłby w ćwierćfinale, gdyby nie postawa Sebastiana Kordy uznawanego przez Johna McEnroe za najbardziej obiecującego przedstawiciela nowej amerykańskiej fali. Korda ma w sobie gen zwycięzcy, bo jego ojciec Petr wiele lat temu sięgnął po tytuł w Australii.
Hurkacz nie sprawia wrażenia wulkanu energii, może nawet wygląda na flegmatycznego, ale to złudzenie. Nie jest nadzwyczaj ekspresyjny, ale trzy razy z rzędu bił się przez pięć setów; dwa razy z powodzeniem. W jego przypadku czwarta runda to dobry prognostyk na dalszą część długiego sezonu, również na zawodach wielkoszlemowych.

To samo można powiedzieć o Magdzie Linette, która z całą pewnością osiągnęła życiowy sukces. Nie tylko dlatego, że dotarła do drugiego tygodnia turnieju, ale także dlatego, że zrobiła to w świetnym stylu. 30-letnia poznanianka nie musi się już tłumaczyć z tego, że stać ją tylko na pojedyncze zwycięstwa z czołówką. Pokonanie Anett Kontaveit i Jekateriny Aleksandrowej mówi samo za siebie. Kolejna przeciwniczka – Caroline Garcia – to w tej chwili jeszcze wyższa półka, ale można być pewnym, że Polka wyjdzie na kort z myślą o zwycięstwie.

Na kortach Melbourne Park Arena mamy do czynienia z pasjonującymi wydarzeniami. Wielkie wrażenie robią heroiczne wysiłki starych mistrzów. Ubiegłoroczny mistrz Rafa Nadal biegał i cierpiał. Tym razem urazy okazały się jednak silniejsze niż jego siła woli. Andy Murray z wszczepioną endoprotezą spędził na korcie kilkanaście godzin podczas trzech meczów.

Jego zwycięski pojedynek z Thanasim Kokkinakisem będzie wspominany przez lata. Novak Djoković ciągle jest w grze, ale jemu też mocno dokucza lewa noga. Można podziwiać hart ducha całej trójki, ale pytania o sens takiej dzielności narzucają się same. Może trzeba pomyśleć o pójściu w ślady Rogera Federera?