Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Dogrywki - Sportowy blog Krzysztofa Matlaka Dogrywki - Sportowy blog Krzysztofa Matlaka Dogrywki - Sportowy blog Krzysztofa Matlaka

30.06.2018
sobota

Największa

30 czerwca 2018, sobota,

Jakieś dwa miesiące temu rozmawiałem o Niej z Teresą Sukniewicz-Kleiber. Mówiła z nadzieją o Jej zdrowiu i przede wszystkim o tym, jak wielką popularnością ciągle się cieszy, jak Jej nazwisko otwiera drzwi do tych mniejszych i tych największych gabinetów.

Działały razem w Polskim Komitecie Olimpijskim. Dziś trzeba używać czasu przeszłego. Irena Szewińska – największa gwiazda polskiej lekkiej atletyki – nie żyje.

Po raz pierwszy na żywo zobaczyłem Irenę Kirszetnstein chyba zimą 1965 r., krótko po fantastycznych igrzyskach w Tokio. Przyjechała do Szczecina na halowy miting. Razem z Ewą Kłobukowską. Biegały 50 m w poniemieckiej ujeżdżalni. W kolcach po drewnianych deskach! Ślady zostały na wiele lat. Z tamtego pobytu mam wielką pamiątkę. Jej autograf. Dla dziesięciolatka to było wielkie przeżycie. Piszę ten blogowy odcinek poza domem i dlatego nie mogę podać dokładnej daty tego wydarzenia.

Z niezliczonych biegów, które wygrywała przez długie lata kariery, najlepiej zapamiętałem ten na 400 m w Montrealu. Może dlatego, że oglądałem go w szwedzkim Salen, gdzie wówczas w 1976 r. jako student pracowałem w hotelu. Wielki rekord świata (49,29) to jedno, ale tego, jak długimi susami oddalała się od konkurentek na ostatniej setce, nie zapomnę. Dzisiaj otworzyłem sobie ten bieg jeszcze raz.

Nie przypadkiem była porównywana do Holenderki Fanny Blankers-Koen, która w 1948 r. w Londynie w czterech konkurencjach nie miała sobie równych. Oprócz siedmiu olimpijskich krążków worek medali i rekordów z mistrzostw Europy, cztery zwycięstwa w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” i tytuł najlepszej sportsmenki świata w 1974 r. według agencji United Press.

Ale wielka kariera miała też swoje cienie. Zgubienie pałeczki w sztafecie 4×100 metrów w Meksyku i prawdziwe czy zmanipulowane oskarżenia koleżanek o to, że Irenie Szewińskiej nie bardzo zależało na tym sukcesie. To musiało mistrzynię bardzo zaboleć.

Życie Ireny Kirszenstein-Szewińskiej, również to pozasportowe, nadaje się na temat pasjonującego filmu czy książki. Sama była oszczędna w słowach. Nie wszystko było na sprzedaż.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Wielki smutek, wspaniała kobieta. Ale jak to jest: przecież kiedy wielka Pani Irena zdobywała medale, to Polski podobno nie było?

  2. Szkoda p. Ireny Sz. Swego czasu była nie do pokonania. Wiele radości Polakom przysporzyła. Niech odpoczywa w spokoju.

  3. A jeszcze wczoraj czytałem o Niej w „Drodze do Tokio”, Zaraz na początku jest tam piękne zdjęcie Szmidta (wciąż żyje) i Sidły (zm. w r. 1993). Oj strasznie nas Polaków, w tym niemieckiego pochodzenia (Szmidt) i polskich Żydów (Pani Irena) gnębiono w tym PRL-u, skoro mieliśmy wtedy takich wspaniałych sportowców jak Szewińska z domu Kirszenstein i w/w.

css.php